Czytamy

Alkowe propozycje

Lolek dla najmlodszych

Ale niespodzianka! Dotarła do nas dzisiaj mała paczuszka, a w paczuszce książeczki. 🙂 Polskie! Co za radość! Tym bardziej, że znalazł się tam także dla zaganianej mamy film i  audiobook 😀 Bardzo dziękujemy Cioci Domice! IMG_9008

Jako, że Mężu ostatnio wiele podróżuje, ja jestem głównym usypiaczem. I wtedy czytamy wyłącznie książki polskie. Po zeszłorocznej wizycie w Polsce, zasiliło naszą dziecięcą biblioteczkę ponad 30 kilo książek polskich autorów. Część kupiona na wyczucie przez internet, a część zakupiona podczas targów książki na Stadionie Narodowym. Na półce więc polskich książek niby do wybory do koloru, ale każda kolejna tak cieszy, jakby była jedyną.

Kocham książki. Niestety w tym momencie nie mam za wiele czasu na ich czytanie, więc upajam się i nadrabiam książkami dziecięcymi 🙂 Ostatnio, po fazie na „Opowiem Ci mamo, co robią mrówki” sporą furorę robi Tosiowa seria- „Tosia i pudełko” oraz „Tosia i żarówka” Agaty Loth-Ignaciuk. Bardzo fajnie wydane książki, w dużym formacie i trochę jakby z papieru recyklingowanego. Co odrazu wprowadza w ich tematykę, bo obie utrzymane są napisane w atmosferze przyjaznej środowisku. Po tym, jak Aluś poznał żarówkę Kukę, zaczął nawet częściej gasić światło. Żeby się za szybko nie wypaliła 🙂

Była Wielkanoc, więc Mężu nadrabiał książkowe zaległości. Najczęściej czytaną u nas książką po angielsku są przygody Kota Prota „Cat in the Hat”. Mieliśmy całą ładną serię rymowanek Dr Seuss’a, ale niestety podczas przeprowadzki wciągnęła je Mamba Fatima (codziennie nam coś wciąga! bezczelna) i trzeba było dokupić nowy zbiór tych śmiesznych rymowanek. Tym razem w zwykłym wydaniu. Niestety cienkie kartki szybko się zużywają przy trzech parach, wiecznie przewracających strony, rąk, więc fajnie mieć więcej pojedyńczych książeczek. A nie zbiory.

Angielskich książek mamy w sumie mało , więc trzeba było dokupić coś nowego dla chłopaczków do czytania z tatą. Dlatego, jak tylko zobaczyłam dziecięce książki na wyprzedaży, kupiłam odrazu kilka. Ogólnie książki w Australii, są drogie. Mała książeczka to zazwyczaj wydatek $15, a jak chce się coś kupić lepszego, klasykę, trzeba już tę sumę podwoić. A mnie się udało tym razem kupić 3 za $15 😀  Taka ze mnie przedsiębiorcza matka 😉

Alusiowi odrazu jedna bardzo przypadła do gustu „We are going on the croc hunt”. Historyjka opowiada jak typowe australijskie zwierzęta idą upolować krokodyla. Jest tam koala, żółw, pies dingo (chyba), diabeł tasmański, wąż i kazuar (znalazłam polskie tłumaczenie tego ptaka dopiero teraz, pisząc ten post) oraz tytułowy krokodyl. Bardzo prosta, ale fajna historyjka. Zawiera też płytę CD ze śpiewaną wersją i pewnie włączana byłaby w naszym domu non-stop, gdyby, po całym dniu grania w kółko tegoż CD, nie padł nam odtwarzacz! 😀

Aluś uwielbia tę książeczkę i prosi tatę bądź mnie kilka razy dziennie, żeby mu ją poczytać. Gdy czyta ją z tatą, wszystko jest po angielsku. Jak siada do czytania ze mną, wtedy ‚czyta’ Aluś. I wszystko po polsku. Jak dla mnie, to jest niesamowite, że już dokładnie rozumie to rozgraniczenie na języki i osoby.

pin it