Blog

IMG 0375 E1434339742656

Zakrecona Canberra

Tydzień temu Mężu oznajmił, że pracuje w piątek w Canberze, więc jak mam ochotę możemy zrobić z tego wkend na wyjezdzie. Długo mi nie trzeba było mowić, jasne że lecimy.

Parę dni pózniej przy śniadaniu wyszło, że Mężu miał już obmyślony cały plan wycieczki. A w tym weekend na stoku! Prawie podskoczylam ze szczęścia! Hurra, hurra!! Tak długo nie jeździłam na nartach. Będzie z sześć lat, na pewno. Jeju, czy jeszcze pamietam jak to się robi? Mam nadzieję…! I tu popłynęła wizja mojego szusowania po białym puchu… 🙂

No dobrze. A teraz zacznijmy myślec realnie. Mężu i ja mamy wszystko, co trzeba na śnieg. A chłopaki?! Przecież oni nawet ciepłych skarpet się nie dorobili, a co tu mowić o kombinezonach, rękawiczkach czy ciepłych trepach! Wpadłam w panikę. Na szczęscie tylko pięciominutową… I przypomniałam sobie o dziewczynach z Matki Polki w Brisbane. Szybko zapytałam  o pożyczenie nam czegoś dla chłopaków i już parę dni pózniej na wyjazd miałam dla nich uzbierane całe zimowe komplety włącznie z nartami, goglami i kaskiem!! Po raz kolejny okazało się jak fajną i pomocną jesteśmy nacją. Wystarczy tylko poprosić! Dzięki!

Do Canberry przylecieliśmy w czwartek wieczorem. Brrrr! Zimno! Ale takie prawdziwe zimno! Nie to nasze brisbańskie. Wynajęliśmy samochód i do hotelu. W drodze nie zobaczyłam świateł metropolii. Nie było żadnych oświetlonych wieżowców, sklepów. Może hotel mamy na przedmieściach stolicy?

Wstaliśmy jak to my, jeszcze przed słońcem. Choć w tym momencie wcale nie jest o to trudno, w końcu zima. Spakowaliśmy się, zjedliśmy śniadanie i odwieźliśmy Męża do pracy. Po drodze mijaliśmy przede wszystkim parki, łąki. Czy na pewno jesteśmy w Canberze? Okazało się, że tak i to nawet centrum! Wow, tu na prawdę nie ma wieżowców! Tylko kilka wyższych budynków, a poza tym przestrzenie, parki, szerokie, wielopasmowe ulice i mnóstwo rond! Rondo za rondem, wszędzie ronda! I uliczne ślimakowe zawijasy. Jadąc, czułam jakbym jeździła w kółko. Around the world! W głowie mi zabrzmiał Daft Pank… Albo bardziej Reni Jusis- Zakręcona, zakręcona…

No nic. Mężu odstawiony do pracy o 9. i co tu teraz robić do 16.?! Szybko zerknęłam na zabrane z hotelu ulotki. Co można zobaczyć z dzieciakami w Canberze? Najlepiej gdzieś w ciepłym budynku. Wyboru miejsca został szybko dokonaliśmy. Najważniejsze kryterium, tj. musi być otwarte od 9., spełnione. Jedziemy do Muzeum Narodowego Australii.

Lubię chodzić po muzeach i galeriach, ale jakoś nie wiązałam z tym muzeum za wiele nadziei. Byleby spędzić parę godzin, przeczekać w ciepłym miejscu aż otworzą park dinozaurów.
Ha! Jakże się myliłam. Muzeum świetne! Wielkie, nowoczesne, pięknie położone nad jeziorem Burley Griffin z wieloma bardzo ciekawymi wystawami. O Australii. Od początku osiedlenia się w Australii białego człowieka, tutejszych zwierzętach, życiu w rożnych częściach kontynentu itp. itd. Chodziliśmy pomiędzy wystawami prawie 3 godziny. Było naprawdę ciekawie. A do tego, w muzeum akurat była wycieczka Aborygenów, która jeszcze dodała do tej całej australijskiej ‘egzotyki’. Mimo tych prawie sześciu lat w Australii, ten kraj jest dla mnie nadal niesamowity i bardzo egzotyczny. A w tym szczególnie aborygeńskie plemiona i ich sztuka.

Wymęczeni wróciliśmy do samochodu. Na park dinozaurów nie było szans, tym bardziej, że zapomnieliśmy z Brisbane wózka dla LOlka. A LOlek padł tuż po zapięciu pasów. Pojechaliśmy więc z Alkiem zobaczyć budynek Parlamentu. Skoro już tu jesteśmy… Znowu rondo za rondem, uliczne zakrętasy za zakrętasami. Przejechaliśmy Parlament dookoła, porobiliśmy kilka zdjęć budynku z australijską flagą na maszcie i Alek też padł.

Nie wiedząc za bardzo co ze sobą zrobić (z chłopakami dokładnie wiedziałam- nie obudzić!), pojechałam do pobliskiego parku przy jeziorze. Pogoda piękna. Chłodno, ale słonecznie. Liście na drzewach żółte i pomarańczowe (o ile jeszcze były!). Wizualnie Canberra przypominała polską jesień, ale pachniała mi polską wiosną 🙂 Pospacerowałam trochę wzdłuż jeziora, poobserwowałam czarne łabędzie (!) i inne ptactwo i wysłałam szybką notkę na FB o naszym pobycie w Canberze.

Gdy chłopaki się przebudzili, pochodziliśmy jeszcze trochę przy jeziorze, porzucaliśmy kamienie do wody i rozkopaliśmy niechcący mrowisko wielkich mrówek. Po ostatnim trzeba było się szybko ewakuowkać, choć LOlka i tak jedna ugryzła. Na szczęście jego, bo LOlek to twardziel i mało co go ruszy, nawet taka mrówka gigant.

Na zakończenie naszych wojaży postanowiliśmy się upewnić, że w Canberze nie ma wieżowców i pojechaliśmy na punkt widokowy na górze Ainslie. Przejeżdżaliśmy wzdłuż Australian War Memorial i bardzo szerokiej Anzac Parade, która zaledwie dwa miesiące temu musiała pękać w szwach od nawału ludzi z okazji setnej rocznicy ANZAC.

Na górze Mount Ainslie utrwaliliśmy opinię, że Canberra to zakręcona stolica bez wieżowców. Centrów handlowych też nie widziałam, tylko to jedno przy lotnisku.

Podoba mi się tu. Na kulturalny weekend z dziećmi idealnie. Fakt, miałam samochód, więc nie było problemu z poruszaniem się z miejsca do miejsca. Nie wiem, jakby to było z komunikacją miejską. Canberra jest bardzo rozciągnięta i na maratonowe spacerowanie z dziećmi byłoby dla mnie za ciężko.

W ciągu naszego krótkiego dnia, udało nam się zobaczyć parę miejsc, ale tylko jedno na spokojnie (muzeum Narodowe Australii). Chciałabym pójść z chłopakami do wojennego Memorialu, Parlamentu, parku dionzaurów czy ZOO. Spotkać się z mamami polkami mieszkającymi w Canberze, które się odezwały po moim poście na fb. Niesamowite ile nas tu, w Australii, jest! Ale to następnym razem.  🙂

pin it
Bitnami