Blog

DSC07055

W Tamborynach

Wróciliśmy z weekendu w buszu. Było super. Zresztą jak zawsze, dlatego w miarę często staramy się to powtarzać. Wiem, Australia glównie kojarzy się z pięknymi plażami, oceanem i rekinami. Ale do zobaczenia tu jest znacznie więcej! I to całkiem blisko Brisbane.

Jako, że szkoda mi czasu na siedzenie w samochodzie, zazwyczaj szukam ciekawych miejsc blisko Brisbane, do dwóch godzin jazdy. W ostatnich miesiącach odwiedziliśmy górzysty Cooroy Country na Słonecznym Wybrzeżu (Sunshine Coast), a ten weekend spędziliśmy w Tamborynach 🙂 Zaledwie godzina jazdy na południe od Brisbane, a odskocznia od miasta kompletna.

Zostaliśmy w Cedar Creek Lodges (znalazłam dobrą ofertę na jakiejś skuponowo-gruponowej stronie). Byliśmy już kilka razy w Tamboryniej Górze (ha! ale spolszczyłam Mount Tamborine; nazwa pochodzi od Aborygeńskiej nazwy, wcale nie związanej z instrumentem), ostatnim razem z moją mamą, gdy Alek miał zaledwie kilka tygodni. I tylko na jeden dzień, żeby pochodzić wśród konarów drzew (Skywalk) czy zjeść pyszny krupnik w polskiej restauracji The Polish Place. Tak więc nadszedł czas na odświerzenie pamięci i poznanie nowych miejsc.

Przyjechaliśmy w piątek po południu, więc jeszcze nie było tłumów, te dojechały w sobotę i dobiły jeszcze w niedzielę. Pensjonat Cedar Creek Lodges położony jest w połowie drogi do miasteczka (i góry) Mt Tamborine, wzdłuż strumienia Cedar Creek. Przy pensjonacie znajduje się także miejsce kempingowe, na którym było rozbitych całkiem sporo namiotów. Otoczenie piękne, śniadania jedliśmy wśród palm i baaardzo starych fig ze śmiejącymi się Kookubarrami i piskliwymi Lorikeetami. Kookubarry podlatywały do kafejki i dotrzymywały towarzystwa czekającym na kawę, podczas gdy kolorowe Lorikeety radośnie wcinały śniadaniową owsiankę. Dla LOlka atrakcja na całego, ganiał je po całym placu, trochę jak w Polsce biega się za gołębiami.

W cenie pobytu mieliśmy przejście z przewodnikiem do pobliskich wodospadów Cedar Creek Falls. Spacer był bardzo lekki i przyjemny, w sam raz na rozruch przed śniadaniem. Pan przewodnik sporo opowiadał o rejonie, pokazywał różna gatunki drzew, więc za bardzo nie mieliśmy czasu na przejście całej kaskady wodospadów. Odrobiliśmy to następnego dnia, choć po nocnym deszczu było trochę ślisko i mieliśmy lekkiego stracha wspinać się po wilgotnych głazach.

Mamy teraz jesień (a tu nawet i złotą!) i woda w strumieniu zimna, więc o kąpieli nie było mowy, ale latem, jak najbardziej wskazana!

 

Gdyby takie naturalne atrakcje nie wystarczyły, przy pensjomacie znajduje się stadnina z końmi, „kopalnia” jaj dinozaurów (dla Alka nazwa już wystarczyła, by stał się Tyranozaurem, ale zdjęcia przy wielkim Pterodaktylu bał się zrobić :)), lasery, park linowy i mini golf.

Podczas pobytu zrobiliśmy rundkę mini golfa – zdecydowanie rosną nam golfiarze 😀 Pojeżdziliśmy po pobliskich miasteczkach i odwiedziliśmy jamę świetlików (Glow Warm Cave) i kilka winiarni 🙂 No co, w końcu trzeba wspierać lokalne biznesy 😉

pin it
Bitnami