Blog

IMG 0459

W australijskich Alpach

Szaleństwo! Jesteśmy w australijskich Alpach (haha!). A co! Góry są, jak w Alpach, tylko niższe, śnieg i wyciągi, też takie, jak wszędzie. To niech będą i Alpy 😉 Choć po nazwie miejsca bardziej pasowałoby je nazwać australijskimi Tatrami. W końcu to Park Kościuszkowski, a góra Kościuszki prawie taka wysoka, jak Rysy. 😉

Wszyscy byliśmy baaardzo podekscytowani tym wyjazdem. Torba ze snowboardem i zimowymi rzeczami nie była otwarta od ostatniego wyjazdu do Liptovskiego Mikulaszu na Sylwestra 2008 (nie, nie mam tak dobrej pamięci, po prostu znalazłam ostatni skipass w mojej kurtce narciarskiej). Tyle czasu od ostatniego zjazdu! Już nie mogłam się doczekać następnego. Nigdy wcześniej nie jeździliśmy po australijskim śniegu. Czy nawet byliśmy w miejscu z temperaturami poniżej zera.

Z Canberry do Jindabyne, w którym nocowaliśmy, mieliśmy około 200 kilometrów. Dojechaliśmy wieczorem. -1 na termometrze. Zimno.

Jechaliśmy wieczorem, Aluś walczył by w drodze nie zasnąć i jeszcze zobaczyć śnieg. W końcu poległ, więc jak tylko rano otworzył oczy pobiegł do okna. Śniegu jako takiego w Jindabyne nie było, ale na szczęście wszystko było mocno oszronione i okna zmrożone. Dla dziecka, które nie miało większej styczności ze śniegiem (dwa lata temu byliśmy ulepić bałwana ze sztucznego śniegu w centrum Brisbane), nie miało to znaczenia. Wystarczyło, że było zimno, wychodziła para z buzi i to coś na ziemi choć trochę przypominało ten bajkowy śnieg.

Początkowo nie wiedzieliśmy jak się ubrać. W ciuchy narciarskie, czy zjeść śniadanie w lokalnej kafejce jeszcze w dżinsach i przebrać się na stoku? Śniegu w miasteczku nie było, a  do stoku jeszcze 30 kilometrów… Hmm, przy małych dzieciach nie ma czasu na jakieś przebieranki. Ubraliśmy się w kombinezony i pojechaliśmy na śniadanie. Trafiliśmy do bardzo coolowej kafejki, gdzie wszyscy byłi już gotowi na stok. W kafejce poza zapachem kawy utrzymywał się zapach wosku. Dochodził z małego, narożnego warsztatu, w którym można było odświeżyć deski. Robiło się tam co raz tłoczniej. Zjedliśmy szybko bułkę, popiliśmy kawką i ziuu w góry.

Aluś zamęczał nas pytaniem „Gdzie ten śnieg, gdzie ten śnieg?” całe 30 kilometrów, aż do wioski narciarskiej Perisher. Po drodze śniegu nie widzieliśmy. Dopiero około kilometr przed górą zaczęły pojawiać się gdzie niegdzie płaty śniegu.

Udało się, dojechaliśmy. Co za radość! Ha! Jesteśmy w Australii na nartach! Tego jeszcze nie było 🙂

Szybko poszliśmy wypożyczyć mi sprzęt i po skipass (kupiliśmy jeden na spółkę ze względu na chłopaków). Aluś mimo, że ćwiczył chodzenie w butach narciarskich na sucho jeszcze w Brisbane, teraz na śniegu nie wiedział za bardzo co robić. LOlek przeszedł od razu do sprawy oczywistej – konsumpcji białego puchu.

Alek szybko obył się ze śniegiem i zaczął prosić o narty. Ciągałam go po oślej łączce, a pod koniec dnia zjeżdżał już sam (na krechę) kilkanaście dobrych metrów. Byłam bardzo  szczęśliwa, że się nie bał i chciał jeździć. Następnym razem spróbujemy zostawić go w Kids Club, gdzie są dzieci w podobnym wieku, uczą się korzystać z wyciągów, jeżdzić na nartach/snowboardzie itp. itd., wszystko pod okiem instruktorów. Tym razem za bardzo nie widzieliśmy sensu, bo i tak musielibyśmy opiekować się LOlkiem.

Dzieliliśmy się skipassem. Dwa zjazdy Mężu, dwa ja. Potem ‘odpoczynek’ z chłopaczkami. W pewnym momencie podszedł do nas pan instruktor, który usłyszał, że rozmawiamy po polsku. Przywitał się „Dzień dobry Polaki”, chwilkę porozmawialiśmy i okazało się, że bez problemu mógłby pouczyć Alka jazdy na nartach po polsku. Dla mnie bajka! Uwielbiam jak chłopaki mają dodatkowe, przypadkowe okazje na kontakt z językiem polskim.

Pogodę mieliśmy wspaniałą. W nocy temperatury na minusie, a w dzień piękne bezchmurne niebo z 3-4 stopniami. Można było bez problemów jeździć bez kurtek. Tym bardziej, gdy się jedzie po raz pierwszy w dół nieznanej góry po kilku latach przerwy! Zapociłam się i to całkiem ostro. Jak tylko wysiadłam z wyciągu kanapy (na orczyk bałam się wsiadać, że nie pamiętam jak się to robi :)), zaczęłam się trząść. Cykałam się stromej góry i oblodzonych miejsc (bo to w końcu zmrożony, sztuczny śnieg, a nie piękny, świeżo napadany puch). Pierwszy zjazd był raczej powolny i bardzo czujny. Ale się udał bez dramatu, więc było dobrze. Każdy następny wychodził już tylko lepiej, więc poszłam na inne wyciągi i zjazdy. Na szczęście palące uda, zmuszały mnie do przerwy z chłopakami, więc i Mężu mógł trochę poszaleć na desce. Mieliśmy na prawdę mnóstwo frajdy!

Moje tropikalne chłopaki w ogóle nie wiedzieli jak nosi się grubsze, dwupalczaste rękawiczki. Niecierpieli ich, więc i nie chcieli ich ubierać. Ale zabawa w śniegu była ciągła. Żal mi było strasznie na nich patrzeć z zamarzniętymi, czerwonymi i spuchniętymi od zimna dłońmi. Ale nie dało się ich przekonać do dłuższego ponoszenia rękawiczek.

Gdy po całym dniu na stoku wsiedliśmy do auta, zmęczenie rozłożyło nas prawie na łopatki. Chłopaczki padli momentalnie i tak na zabój, a my ledwo doczłapaliśmy się z powrotem do Jindabyne.

Ten weekend był otwarciem sezonu, więc baza gastronomiczna była ograniczona. Zwłaszcza na jedzenie na wynos. Byliśmy strasznie głodni, a chłopaki zaspani w aucie. Na szczęście pani z włoskiej restauracji zlitowała się nad nami i zrobiła nam pizzę do pokoju. Była przepyszna, więc jak tylko dobudziliśmy dzieciaki, wróciliśmy tam na kolację. Jedzenie było wspaniałe. Podobnie jak nasz cały weekendowy wypad. 🙂

pin it
Bitnami