Blog

Uff co za dzien!

Od wczoraj leje nieprzerwalnie. W sumie dobrze, bo takich mokrych dni nie ma tu za wiele. A korki na ulicach, jak w Polsce, kiedy poraz kolejny zima zaskoczy kierowców 🙂

W czwartki i piątki mam w domu obu Urwisów. Czwartek to zazwyczaj dzień spokojny, odpoczywamy z Alkiem – on po 3 dniach w przedszkolu, a ja po 3 dniach biegania jak z pieprzem, żeby wszystko szybko załatwić (Polska Szkoła Sobotnia, Radio 4EB, blog, sklepy, dom, coś dla siebie – tak, tak  spisane w odpowiedniej kolejności).

Zazwyczaj wychodzimy do parku na plac zabaw lub skaczemy na trampolinie w ogródku. Wczoraj dodatkowo poszliśmy odrobić zaległą lekcję pływania Alka. Mój prawie czterolatek radzi sobie już nawet całkiem nieźle w wodzie, choć nadal ma cykora przed samodzielnym pływaniem-nurkowaniem. Ale patrząc wczoraj na niego, jak robi ruchy ramionami, jak do kraula, byłam baardzo dumna 🙂

W piątki nadrabiamy spotkania towarzyskie na polskiej grupie zabaw. Dzisiaj też byliśmy. Lało strasznie, ale dziewczyny (plus jeden tata) z Matki Polki w Brisbane nie zawiodły. Pośpiewaliśmy dzieciom polskie piosenki przedszkolaków, porozmawialiśmy przy kawie, a dzieciaczki (dzisiaj same chłopaczki!) szalały w tle. Było przesympatycznie, jak co tydzień z resztą!

Dzisiaj akurat wypadł też dzień targowy w Polskim Klubie w Milton, na który musiałam pojechać. Nie ważne jakby lało, musiałam kupić kabanosy! Dojechaliśmy w sumie szybko, tylko z parkowaniem było kiepsko. Ale nie ma się co dziwić, kto by łapał autobus gdy leje jak z cebra?!

Akurat na nasz przyjazd lunęło jeszcze mocniej. Zaparkowałam około 100 metrów od Polskiego Klubu. Wytarachałam się z auta z wielką parasolką nad głową. Pomogłam Alkowi wydostać się w wielkich kaloszach i jego żabim parasolem. Wyjęłam zdezorientowanego LOlka (tak leje, a Ty mnie gdzieś wyciągasz?!) i poszliśmy do parkometru. Naklnęłam się przy tej durnej maszynie i to sporo. Pada deszcz,  więc i parkometr się zmoczył i już nie potrafił ani przyjąć gotówki, ani odczytać karty kredytowej. Przecież to tylko $2 za potrzebną mi godzinę postoju! Przeszłam na drugą stonę ulicy, żeby poszukać szczęścia w innym parkometrze, ale niestety także zalany, więc historia ta sama. Ręce od trzymania LOlka już mi odpadały, deszcz spływał ciurkiem po moich plecach z wykrzywionego  dziwnie parasola, a Alek w międzyczasie znalazł sobie ładną kałużę ze sporym błotkiem i na całego bawił się w Świnkę Peppę! Myślałam, że zemdleję! No nic, zebrałam się w sobie wybrałam w parkometrze opcję postoju poniżej 15 minut (darmowa) i poszliśmy po kiełbasę.

A tam, kolejka przynajmniej godzinna! Pięknie, chciałam zapłacić te dwa głupie dolary za postój, nie udało się. To teraz zapłacę $80 mandatu. Ech nawet nie miałam już siły o tym myśleć… Wypłaciłam gotówkę z bankomatu w Klubie (za wszystko podczas marketu płaci się gotówką) i wróciłam do kolejki po kiełbasy. Na szczęście spotkałam kilku znajomych, to i czas w kolejce minął trochę milej,
a chłopaczki mieli inne dzieci do zabawy.

Dzień targowy w Milton odbywa się co dwa tygodnie. Można wtedy kupić polski chleb, ciasta, pączki, pierogi, sosy i zupy w proszku, słodycze oraz sezonowe ozdoby itp, itd. Jednak największe branie zawsze mają polskie kiełbasy i wędliny, które zjeżdżają z samego Sydney (1000 km). I my też je bardzo lubimy. Zwłaszcza kabanosy. Dzisiaj zdążyłam tylko odłożyć siatkę z zakupami na podłgę, żeby zapłacić, a już Alek wyjmował z niej jakąś laskę! Nie powinien być umierający z głodu, bo ledwo pochłonął pysznego pączka. Na szczęście inni ludzie z kolejki to widzeili (LOlek nadal delektował się swoim), więc chyba nie wzięli mnie za wyrodną matkę głodzącą dzieci.

Zakupy zrobione, trzeba było wracać do auta. Szkoda, bo lubimy w takie dni zajść na górę do restauracji na smaczne flaki czy pierogi.

Uff, za wycieraczką niczego nie znalazłam, mam teraz tylko nadzieję, że nie było tam żadnej kamery CCTV i nie dostanę listu z mandatem do domu (bo tak też już bywało ;( ).

Po tak intensywnym dniu marzyłam tylko o położeniu się na kanapie przed TV. I nawet przez chwilę mi się udało. Odesłałam Alka do komputera, żeby pograł z Rybką MiniMini, a LOlek dostał telefon. Błoga chwila spokoju i ciszy dla padniętej wyrodnej matki…. Aż zagrzmiało za oknem.

Leje i leje. Zadzwoniła kierowniczka Polkiej Szkoły, że nie dotrze z rana na zajęcia, bo zalało drogi, więc musieli porzucić samochód i iść na piechotę kilka km autostradą. Garaż też mieli zalany. A jak u nas? Spoko, sucho. Stoimy na górce, więc nic nas nie zaleje. A garaż? Proszę cię, do jakiejkolwiek płynącej wody do nas daleko. Nic nie ruszy naszej murowanej fortecy.

Mężu wrócił do domu, zjedliśmy kolacje, dzieciarnia wykąpana, LOlek nawet zdąrzył zasnąć i Mężu zdecydował się pojechać po lody do sklepu. Pogoda wręcz idealna na siedzenie przed TV z lampką wina i przegryzką 🙂 Zdążyłam się odwrócić od drzwi po jego wyjściu gdy usłyszałam z garażu krzyk „Karola, garaż zalany!”. Zleciałam na dół. Rzeczywiście wody po kostki! Pięknie! Szybko zaczęliśmy podnosić z podłogi mnóstwo jeszcze nierozpakowanych po przeprowadzce pudeł. Alek dzielnie pomagał przy wymiataniu wody na zewnątrz. Pracy było sporo. Po godzinie stwierdziłam, że mam tego dość. W końcu i tak nadal pada, więc po nocy zastaniemy podobne warunki.

Mężu z Alkiem pojechali w końcu po lody. Rozsiedliśmy się nareszcze na kanapach przed TV z lodami i zrelaksowaliśmy… Uff jak dobrze, że dzień już dobiegł końca…

pin it