Blog

IMG 0212

Czerwcowy weekend

Po bardzo intensywnym maju marzy mi się chwila spokoju. I taki miał być ten weekend. Długi weekend (sto lat głowie stanu, królowej Elżbiecie II!).

Weekend miał być WOLNY, a tu znowu gonitwa. W sobotę Polska Szkoła Sobotnia, nie byłam tam ostatnio, więc trzeba było sporo spraw pozałatwiać. Zazwyczaj godziny w szkole są dość intensywne , po których jestem jak dentka. Alek pada już w drodze do domu. Ja tuż po wejściu.

W niedzielę o 8. zabrałam Alusia na cotygodniowy basen. Jeny, ale fajnie mu wychodzi to pływanie. Pod koniec czerwca mają zakończenie semestru, więc, za sugestją nauczycielki,  na następny semestr przeniosę go na następny poziom. Jak tak dalej pójdzie, zapiszę go na wodne polo. Zaczynają już od 5lat 🙂 To będzie dopiero czad 😀

Potem szybko na bazar po jajka z wolnego wybiegu i do domu. A tu wcale nie lepiej. Biegiem przebraliśmy się z Alkiem w coś bardziej wyjściowego i do kościoła. W polskiej parafii na Bowen Hills obchodzona była wczoraj uroczystość Bożego Ciała wraz z procesją. Sporo dzieci przebranych było w stroje krakowianek i krakowiaków, harcerzy. Rzucali płatki. Wyglądali cudnie.

Po procesji parafia (chyba!) zorganizowała grila z kiełbaskami, burgerami i surówką z kapusty typu coleslaw. We wcześniejszych latach byłam tu na procesji Bożego Ciała, ale nigdy nie doszłam na ‘after party’. Na prawdę było przyjemnie. Najpierw trzeba było kupić bilet za porcję, z którym podchodziło do grila i odbierało talerz pełen jedzenia. Prosty i szybki sposób obsługi, ale to wcale nie odbierało przyjaznej atmosfery.

To był nasz pierwszy tego dnia posiłek (nie licząc banana Alka przed basenem i moich dwóch kubków kawy wypitych w biegu). Wciągnęliśmy wszystko w minutę! Było pyszne… Chyba. Za wiele w tak krótkim czasie nie zdąrzyłam posmakować. Alek też nie narzekał.

Po głównym daniu przyszedł czas na deser. Na obowiązkowy deser czekały już blachy pięknych polskich ciast z kubeczkiem kawy, czego absolutnie nie ominęliśmy. Za ciasta i kawę/herbatę płaciło się osobno. Podobnie jak w każdą niedzielną kawiarenkę po mszy. Dokupiliśmy jeszcze kilka kawałków do domu, żeby drugiej połowie rodziny nie było przykro i w drogę! W tym momencie byłam już tak padnięta i mało towarzyska, że jedynie marzyłam o kanapie przed TV. Ale danego słowa trzeba dotrzymać…

Wskoczyliśmy do auta. Tym razem kierunek park New Farm (pisałam o nim tutaj). Piknik z kilkoma zaprzyjaźnionymi rodzinami. Dojechaliśmy. Okropnie spóźnieni i wymęczeni. Na szczęście w miarę czasu i pogadanek,  siły zaczęły wracać, druga połowa rodziny dojechała, więc znowu zrobiło się miło i przyjemnie….

Weekend minął w mig. Znowu! Ale tym razem mieliśmy jeszcze jeden WOLNY dzień. I, o dzięki Ci królowo Elżbieto II za Twoje urodziny! w końcu było wolniej. Spakowaliśmy chłopaków i skuter i pojechaliśmy popływać po rzece Brisbane. Mieliśmy podpłynąć do Kapitana Jerzego Radomskiego, który w zeszłym tygodniu zacumował w Brisbane po opłynięciu świata, ale niestety LOlek nie był w humorze na dłuższe pływanie. Zostałam, więc z nim na brzegu. Popłynęli Mężu z Alkiem, ale obaj jacyś tacy zawstydzeni nie weszli na pokład Czarnego Diamentu… A może to urok przepływającego obok Jack’a Sparrowa?

 

pin it